Światowej sławy profesor, autor kilkudziesięciu tomów, przyjmowany przez uniwersytety obu półkul - kupuje kawałek brzegu nad Jeziorem Zuryskim i przez następne dekady, etapami, własnymi rękami stawia tam kamienną wieżę. Bez prądu. Bez bieżącej wody. Z dłutem, którym sam rzeźbi w kamieniu. Współcześni widzieli w tym ekscentryzm. Jung widział w tym metodę.
Budowa zaczęła się w 1923 roku, po śmierci matki, i nie skończyła nigdy naprawdę - wieża rosła etapami przez ponad trzydzieści lat, a każdy etap Jung wiązał z kolejnym rozdziałem własnego życia: dobudowywał, gdy coś w nim samym domagało się formy. Mówił o niej wprost jako o wyznaniu wiary w kamieniu i o miejscu, w którym jest najpełniej sobą. W Bollingen rąbał drewno, nosił wodę, gotował na ogniu, wieczorami zapalał lampy naftowe - człowiek, który dnie spędzał na analizowaniu najsubtelniejszych ruchów psychiki, wybierał na regenerację życie najprostsze z możliwych.
Po co uczonemu kamień
- Przeciwwaga. Praca intelektualna dzieje się w głowie i w abstrakcji - kamień, woda i ogień przywracały ciężar, powolność i konkret. Jung uważał, że psychika potrzebuje obu biegunów, a cywilizacja ambitnie odcina jeden.
- Forma dla wewnętrznego. To, co przeżywał w środku, potrzebowało wyrazu poza słowami - stąd płaskorzeźby, inskrypcje, kamień z wyrytymi sentencjami. Wieża była Czerwoną Księgą z granitu: psychika przełożona na materię.
- Miejsce bez Persony. W Zurychu był profesorem, autorytetem, instytucją. W Bollingen - człowiekiem w starym fartuchu przy ogniu. Każda psychika potrzebuje adresu, pod którym nie obowiązuje rola.
Łatwo z tej historii zrobić pocztówkę o uroku prostego życia - ale jej sedno jest ostrzejsze. W duchu Carla Gustava Junga: wieża była praktyką równowagi, której większość ludzi nie prowadzi wcale - świadomym budowaniem miejsca (fizycznego albo choćby czasowego), gdzie życie toczy się w innym trybie niż codzienny: wolniej, ciszej, rękami zamiast głową, bez publiczności. Nie trzeba jeziora ani granitu. Odpowiednikiem wieży bywa warsztat w piwnicy, ogród, kuchnia w niedzielny ranek, godzina z drewnem, ciastem albo ziemią - każde zajęcie, które angażuje ciało, milczy i niczego nie produkuje na pokaz. Pytanie, które zostawia Bollingen, brzmi więc praktycznie: gdzie stoi moja wieża - a jeśli nigdzie, to co o tym myśli moja psychika, wieczorem, po kolejnym dniu w samej głowie.
Każdy potrzebuje swojego Bollingen - adresu,pod którym nie obowiązuje żadna rola.W duchu Carla Gustava Junga
Kamień węgielny
Wybrać jedno zajęcie rąk - gotowanie bez pośpiechu, drobna naprawa, ziemia, drewno, ciasto - i dać mu w tym tygodniu godzinę bez telefonu i bez celu produkcyjnego. To jest kamień węgielny własnej wieży; reszta dobudowuje się latami, jak w Bollingen.
Bezpłatny fragment
Raz w tygodniu, jedna myśl
Jedna ciekawostka o organizacji życia i psychologii głębi, prosto na mail. Wypisujesz się jednym kliknięciem.
Zapisz się
